Schizofrenia bezobjawowa

Dyskusje na absolutnie każdy temat np. informatyka, kino, książka, muzyka, sport itp.
cezary
Posty: 23
Rejestracja: 06 kwietnia 2018, 19:51 - pt
Schizofrenia bezobjawowa

Post autor: cezary » 26 kwietnia 2018, 21:03 - czw

"Prof. Snieżniewski stworzył, a jego koledzy rozwinęli teorię istnienia schizofrenii postępującej u chorego powoli i w skrajnych przypadkach niedającej żadnych objawów. Owa schizofrenia bezobjawowa pozwalała legalnie wysłać do psychuszki na dowolną ilość czasu każdego obywatela Kraju Rad. Co więcej, takich pacjentów „leczono” jak najbardziej serio".
Pensjonariuszom więziennego szpitala psychiatrycznego w Leningradzie, gdzie w połowie lat 60. terapii został poddany nie tylko gen. Grigorienko, lecz także młody dysydent Władimir Bukowski, lekarze aplikowali zastrzyki z roztworu koloidalnej siarki. Ten zakazany na Zachodzie środek powoduje nagły skok temperatury ciała do ponad 40 stopni oraz trudny do opisania atak bólu i pragnienia. Z kolei sanitariusze lubili się zabawiać, owijając skrępowanych pacjentów mokrymi prześcieradłami. Gdy materiał wysychał, sprawiał, że skóra piekła ofiarę w sposób podobny jak przy rozległym oparzeniu. Zaś bicie pacjentów – a w istocie osadzonych – było tak powszechne, że traktowano je jako rzecz naturalną. We wspomnieniach „I powraca wiatr...” Bukowski zapisał, że lekarze z leningradzkiej psychuszki na co dzień mówili o niej czule „nasz mały Oświęcim”.

Ale mogło być jeszcze gorzej. Uczeni z Instytutu starali się kreować siebie na światłych ludzi. „Danił Romanowicz Łuc (…) lubił sobie pogawędzić z oczytanymi chorymi o filozofii, o literaturze, szczególnie jeśli rozmowa toczyła się w obecności kolegów” – wspominał Bukowski. Jednak wystarczyło, aby więzień nie okazał wymaganego szacunku oprawcom w kitlach, by ci natychmiast pokazywali, do czego są zdolni.

Studentkę Walerię Nowodworską przewieziono do Instytutu w grudniu 1969 r. po zatrzymaniu za rozrzucanie ulotek o wywrotowej treści w moskiewskim Pałacu Zjazdów. Podczas badania nazwała prof. Łuca hitlerowcem. Ten wysłał ją do szpitala w Kazaniu, gdzie czekały ją specjalne atrakcje. Oprócz siarkowych zastrzyków borowano jej wolnoobrotowym wiertłem zdrowe zęby oraz za pomocą plastikowej rurki pompowano tlen pod skórę, co odrywa ją od mięśni. Po takiej terapii Nowodworska znów stanęła przed komisją Daniła Łuca. Kiedy oświadczyła, że wyciągnęła wnioski ze swej sytuacji, i obiecała poprawę, profesor zdiagnozował cofnięcie się schizofrenii i przeniósł ją do zwykłego szpitala psychiatrycznego.

(...)
schizofrenia bezobjawowa dotknęła ok. 1,2 mln obywateli ZSRR. O czym stale przypominano członkom Biura Politycznego. Ta wielka epidemia sprawiła, że naukowcy z Instytutu mieli pełne ręce roboty. Poza dawnymi pensjonariuszami, jak

Bukowski czy Grigorienko, nagle przybyło wielu nowych, wymagających pacjentów. Matematyk Leonid Pluszcz z Instytutu Cybernetycznego Ukraińskiej Akademii Nauk napisał do redakcji „Komsomolskiej Prawdy” list, w którym skrytykował procesy polityczne dysydentów w ZSRR, a do tego zaangażował się w działania ruchu na rzecz obrony praw człowieka. Po badaniach w 1972 r. uczeni z Instytutu orzekli, że „od najmłodszych lat cierpiał na zaburzenia paranoidalne przejawiające się w ideach reformatorskich”. Przez następne trzy lata naukowca leczono za pomocą belgijskiego środka psychotropowego – haloperidolu, zamieniającego pacjenta w warzywo.

Podobny los spotkał wykładowcę z moskiewskiej Akademii Rolniczej Jauresa (Żoresa) Miedwiediewa, przyłapanego na tym, że przepisał na maszynie i chciał rozpowszechnić powieść Aleksandra Sołżenicyna „Krąg pierwszy”. Mieszkanie biologa zdobyło szturmem dwóch psychiatrów wspieranych przez milicję. Po uprowadzeniu Miedwiediewa jego żonie przekazano opinię naukowców z Instytutu im. Serbskiego, w której napisano, że zaobserwowali oni u badanego: „rozszczepienie osobowości przejawiające się łączeniem pracy naukowej w swojej dziedzinie z działalnością publiczną”. Ostateczna diagnoza brzmiała: „Powoli przebiegająca schizofrenia z paranoicznymi urojeniami reformatorskimi”.

W tamtych latach psychuszki pękały w szwach, bo osadzano w nich ludzi za najmniejsze przewinienia natury politycznej.

(...)
Kiedy w połowie lat 70. przez kraje demokratyczne przetoczyła się fala protestów, petycji i akcji w obronie dysydentów więzionych w szpitalach psychiatrycznych, kierownictwo KPZR zdecydowało, że należy kłopotliwe osoby ekspediować za granicę. Skoro byli to wariaci, to przecież nie mogli zagrozić wizerunkowi Związku Radzieckiego. W krótkim czasie wydalono na Zachód m.in. Miedwiediewa, Bukowskiego, Grigorienkę, Pluszcza.

Jak na złość, gdy tylko przekraczali granice ojczyzny, natychmiast bezobjawowa schizofrenia u nich zanikała, co złośliwie eksponowali, poddając się badaniom u najlepszych psychiatrów. A że chętnie donosiły o tym wolne media, w popłoch wpadły też zachodnie stowarzyszenia psychiatryczne. Fakt, że w ZSRR używano tej nauki do terroryzowania obywateli, ogólnie podważało zaufanie do niej. Szok wywoływały też opisy metod stosowanych przez radzieckich uczonych. Wreszcie w sierpniu roku 1977 podczas VI Międzynarodowego Kongresu WPA (Światowego Towarzystwa Psychiatrycznego) w Honolulu organizacja ta oficjalnie potępiła stosowanie w ZSRR psychiatrii do celów politycznych.



Odtąd radzieckich specjalistów dotknął ostracyzm ze strony kolegów z większości państw świata.
(...)

Wedle obliczeń Władimira Bukowskiego łącznie przez psychuszki przewinęło się dwa miliony zdrowych ludzi. Nigdy nikogo nie rehabilitowano i żaden psychiatra publicznie nie wyraził skruchy. Zresztą niby czemu miałby to zrobić?"




http://www.newsweek.pl/swiat/schizofren ... 7,1,1.html